Krzyczę, zauważam powstającą dziewczynę z Drugiego Dystryktu. Zoe coś krzyczy, jednak wszystkie wydawane przez nich odgłosy wydawają się bardzo odległe.
- Co najlepszego zrobiliście? - wybuchła Zoe. Powstałam, rzuciłam się na chłopaka z mojego dystryktu. Zaczęłam go dusić, uniosłam ostrze noża, próbowałam zatopić je w jego ciele, jednak ten kopnął mnie w brzuch uniemożliwiając dalsze poruszanie się. Czułam tępy ból w okolicach skroni. - Zabiliście Sapphire? Do cholery was powaliło? - warknęła, zbliżając się do mnie.
Nie wiedziałam, co dzieje się dalej. Mówili coś do mnie, ale ja nie kontaktowałam. Po prostu podążałam za sojusznikami. Panowała dość niemiła atmosfera, nikt nie odzywał się słowem. Cóż, zdrada sojuszniczki nie była dobrym posunięciem. Wiem, że nie mogłam im ufać. Jaki był sens zakładać z nimi sojusz? Przecież mogłam znaleźć się na miejscu biednej Sapphire. Czemu silna i zdeterminowana Jedynka wypadła z gry już trzeciego dnia Igrzysk? Czemu ją zabrali? Czemu ją zamordowali?
Jedynie pulsujący w okolicach ramienia ból przypominał mi o szarej rzeczywistości. Znajdowałam się na arenie, została nas... no właśnie. ilu nas zostało? Gallant, Zoe i Mike, Dystrykt Trzeci, Kyle i ja, Siódmy, Dziewczyna z Ósemki, Dziewiąty, oraz chłopak z Dwunastki. Trzynaście osób. Giniemy w zaskakującym tempie, a zapowiadało się na bardzo długie igrzyska - przy Rogu Obfitości zginęło siedem osób, potem tempo się zmieniło.
- Spójrzcie! - krzyczy nagle Kyle. Wszyscy patrzymy w stronę, którą wskazuje palcem. Stoi tam dziewczyna z Dziewiątki, obok niej nie ma jej braciszka, którego jeszcze tak niedawno wyszydzała. Lasia uśmiecha się szyderczo, zaczynając uciekać. Bez zastanowienia pusczamy się za nią, jestem dość szybka, jednak rana zadana przez Ósemkę nadal przeszkadza w wykonywaniu przeróżnych czynności. Jeśli będę się zbytnio wysilać, po prostu nie dam rady.'
Jednak teraz najważniejsza była ona. Wiatr wieje mi w twarz, włosy przesłaniają widok. Nie przejmuje się tym, muszę ją zabić. Sapphire mnie uratowała, teraz ja ją pomszczę. Nie wiem, co zrobiła Natalie, ale nie jest to takie ważne.
W pewnym momencie z drzewa spada banan. Cóż, zapewne zastanawiacie się czemu to zauważyłam, otóż dlatego, że zaraz za nim rzuciły się zmiechy przypominające jaguary. Od kiedy żywią się owocami? Sama nie wiem. Ale to chyba je pobudziło! Zauważają nas, rzucają się na każdego. Nie wiem, co się dzieje. Krew zasłania mi widok, próbuje uciekać, jednak jeden z nich szarpie Zoe za nogę. Dziewczyna prosi o pomoc, podaje jej dłoń, ciągnąc do siebie. Wstaje na równe nogi, pędzimy, byle dalej od zmiechów. Już nie przejmujemy się blondyną, którą przed chwilą goniliśmy. Nie przejmujemy się tym, ze reszta sojuszników gdzieś zniknęła. Chcemy stamtąd odejść.
- KYLE! - drę się. On nie odpowiada, najwidoczniej jest zbyt zajęty walką z zmiechami... albo umieraniem w męczarniach. Czuję ukłucie w sercu, przez adrenalinę o niczym nie myślałam, ale teraz... Teraz wszystko wydaje się być takie ważne. Krople potu spływają po mojej twarzy, nie mam dalej sił.
Słyszymy wrzask Gallanta, który znalazł się obok nas. W tym samym momencie zmiech szarpie za jego nogę, Jedynka pada na ziemię, wyciągając do nas zalaną szkarłatną posoką, dłoń. Jego twarz, wygięta w agonii, prosi o pomoc. Rzucam mu tylko przepraszające spojrzenie, po czym razem z Zoe u boku wychodzę z dżungli. Znajdujemy się tuż obok piramidy, zmiechy nie wychodzą z dżungli, zbyt zajeci zabijaniem osób znajdujących się w środku.
Czekamy pięć, dziesięć, piętnaście minut. Zero wystrzałów armatnich, czyżby wszyscy przeżyli rzeź? Ta myśl podnosi mnie na duchu. Ale i sprawia, że upadam na kolana... bo, gdy ktoś umiera... Ja mam większe szanse na zwycięstwo.
- Szukamy ich? - pytam nagle Zoe. Jesteśmy we dwie, gdzie reszta? Gdzie Gallant, Mike? Kyle? - Na pewno są gdzieś blisko, przecież nikt nie umarł, Gallant był tuż przy piramidzie. - to dziwne, że go zostawiłyśmy. Mam głupie wyrzuty sumienia...
- Zoe? Maggie? - słyszymy głos Mike'a. Odwracamy się w jego stronę, przywołuje na twarz szczery uśmiech, który po chwili gaśnie. Jest z rannym i wkurzonym Gallantem, zresztą, sam nie jest zbytnio zdrowy. Obaj mają rozszarpane łydki, a z ich ramion sączy się krew. Wykrwawią się na śmierć. Jednak myśl, która mnie najbardziej załamuje to brak Kyle'a. Może to dobrze? A może nie... - Nie znalazłyście go?
- Miałam nadzieje, że wy to zrobicie... - wzruszyłam ramionami. Zoe obróciła w dłoni nóż. Chyba nie przejmowała się brakiem sojusznika. No cóż, lepiej dla niej.
- Najgorsze jest to, że nie mamy plecaków. Jeśli zostały w dżungli, zmiechy je zniszczyły, oczyściliśmy Róg Obfitości, została tylko broń. - dotykam pasa z nożami, zgubiłam siedem, zostało pięć. Są dwa kastety, w Rogu Obfitości nie widziałam więcej. - Nie mamy jedzenia i picia. Zresztą, broni też nam brakuje.
Nagłe słyszymy charakterystyczny dźwięk. Pikanie spadochronu spadającego z nieba, lądującego tuż przed przed nosem Mike'a i Gallanta. Chłopcy otwierają pakunki, widzą opatrunki. Zadowoleni z otrzymanych prezentów, wcierają maści, leją wodę utlenioną i inne takie. Przypominam sobie o prezencie od Oscara, jeszcze trochę zostało. Polewam swoje rany i strupy, daję też trochę Zoe.
- Nie możemy go szukać, ściemnia się - powiedział nagle Mike. Nie wchodźmy na piramidę, bo znowu coś nam zrobią. Warty - zadecydował. Od razu wtrąciłam się do rozmowy. Nie mógł zabić kolejnej osoby, nie teraz, gdy rano zabili Sapphire.
- Ja i Zoe weźmiemy wartę - dziewczyna uśmiecha się, siadamy na ziemi. Chłopcy idą spać, a my patrzymy się tępo w przestrzeń. Co robić? Czy kiedykolwiek zobaczę Kyle'a. Przecież może zginąć. W dżungli czai się mnóstwo niebezpieczeńśtw.
Nagle rozbrzmiewa hymn Panem. Na nocnym niebie pojawia się twarz Sapphire z Pierwszego Dystryktu. Może i jej nie znałam, ale wydawała się być fajna. To ciekawa osoba, która została skrzywdzona przez los. Straciła matkę, wylosowano ją do Głodowych Igrzysk, na które szkoliła się od dwunastego roku życia. Ledwo starczyło jej na wyszkolenie w Akademii - ale musiała to robić, tak jak wszyscy zawodowcy. Jedynie w Czwórce mniej się tym nie przejmowali, dlatego mieliśmy mniej zwycięzców od Jedynki i Dwójki. Spełniło się jej marzenie, a potem śmierć.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Witajcie!
Jak dawno nie było jakiegokolwiek rozdziału, tęskniłem za Wami! :> Sam nie wiem czemu Was opuściłem, teraz są wakacje i postaram się pisać cały czas. WIem, żę barzdo sięopuściłem, dawno nie pisałem opowiadań i trochę padłem. Rozdział krótki, ale chciałem go szybko wstawić.
Jakie są Wasze przypuszczenia, co do Kyle'a? :D Bo wpadłem na, mam nadzieje, świetny pomysł! ;} Wielu może się to nie spodobać, ale odegra on dość ważną rolę jeśli chodzi o psychikę Maggie, a także sojusz zawodowców.
Pozdrawiam.